Ostatnio bardzo modnym tematem w naszych mediach są sprawy związane z rynkiem pracy (rzekomy rynek pracownika…), rosnące wszędzie wynagrodzenia i opisy 25-35 latków, pokolenia tzw. millenialsów czyli tzw pokolenia Y, których okres dojrzewania i kształtowania osobowości przypadł na okres „internetowego” szaleństwa lat 2000-2010. Zgodnie z danymi statystycznymi GUS za rok 2015, osoby, które dziś mieszczą się w zakresie 25-35 lat, stanowią ok. 16,65% społeczeństwa. Jakby nie patrzeć, jest to licząca się grupa społeczna, w okresie rozrodczym, z prawami wyborczymi i z założenia aktywna zawodowo, pracująca na dobrobyt swój, swoich dzieci oraz osób, które niebawem przejdą na emeryturę… ale czy na pewno?

Z danych Eurostatu wynika, że w 2017 roku w Polsce, 44,7% osób w wieku 25-34 lata mieszkała z rodzicami. Zapewne bliższa analiza wykazałby, że im dalej w las (wiek), tym więcej drzew (ludzi na swoim), jednak dane i tak są niepokojące. W uproszczeniu, co 2 Polak znajdujący się w wieku „po studiach” mieszka w domu rodzinnym.
Nie dziwne, w końcu – zgodnie z medialnymi doniesieniami podpieranymi wypowiedziami pracodawców – millenialsi, szczególnie Ci zaraz po studiach, to roszczeniowe nieroby o zerowych kwalifikacjach. W końcu każdy powinien zacząć od kasjera, magazynu albo sprzedaży zza lady w pięknej galerii handlowej za 1800 netto!
A teraz przykładowa oferta pracy:
Recepcjonistka / Recepcjonista
Profil Kandydata:
Wymagania wobec kandydatów:

  • doświadczenie na podobnym stanowisku
  • bardzo dobra znajomość języka angielskiego
  • sprawna obsługa pakietu Windows
  • dobra organizacja pracy
  • umiejętność pracy w zespole
  • komunikatywność
  • wysoka kultura osobista
  • dokładność, skrupulatność
  • pozytywne nastawienie do wykonywanej pracy i inicjatyw

A teraz, drodzy czytelnicy, powiedzcie mi, gdzie ten biedny człowiek ma zdobyć to mityczne „doświadczenie na podobnym stanowisku”, skoro „nieroba” wypychają na kasę, do „maka”, magazyn albo za ladę sklepową?
„No tak, skończył studia magisterskie, ale był pewnie za głupi, żeby pracę dostać gdzie indziej niż na kasie w stonce/za ladą galerii/przy składaniu towaru w magazynie, przegryw jeden… do biura się zachciewa!”.

Znacie to? Nawet jeśli teraz czytacie ten wpis na swoim służbowym laptopie albo smartfonie, stojąc w kolejce po darmowe owoce, do ogólnodostępnego ekspresu ciśnieniowego albo jadąc na siłownię opłacaną karnetem fit&sport&zdrowie od swojego pracodawcy, na początku kariery spotkaliście się z takim nastawieniem.
Drugą kwestią jest kasa i często używany zwrot „zarobki adekwatne do posiadanego doświadczenia” – w dużym skrócie, osobie, która 3 lata siedziała w urzędzie, przybijała pieczątkę i wkładała teczkę do segregatora (bo tak daleko posunięta specjalizacja miejsc pracy także obowiązuje), by przekazać ją osobie, która coś merytorycznego z podbitą kartką zrobi, zapłacimy 2500 netto – bo doświadczenie biurowe, a ty, ambitny człowieku z kasy dostaniesz 1900, bo nic nie umiesz.
A! I się powinieneś cieszyć, bo przecież masz pracę w „młodym, ambitnym zespole” (btw, gdzie pracują Ci wszyscy starsi ludzie? „Wyginęli – przecież to nie były mamuty!?”) i w solidnej firmie o „ugruntowanej pozycji na rynku” (tia…) do tego „z możliwością zdobycia bezcennego doświadczenia” (słowo „bezcenne” zdaje się tutaj kluczowe)! I nagle stajesz przed wyborem – odejść z magazynu/lady/kasy, gdzie dostajesz 2500-2800 na stanowisko za 1800-2000, by wreszcie wyrobić to mityczne „doświadczenie na podobnym stanowisku”. Chyba nie jest dziwne, że musisz w takiej sytuacji pomieszkiwać u rodziców, bo za 1800-2000 można pomarzyć o samodzielnym utrzymaniu w wynajętym mieszkaniu, a o kredycie na własne m1 zapomnieć.
I teraz dochodzimy do meritum – masz mityczne 2-3 lata doświadczenia „na podobnym stanowisku”, skończone studia, w miarę ułożone życie, 27-29 lat, byłeś już u doradcy finansowego w sprawie kredytu na mieszkanie i usłyszałeś, że twoja zdolność, a raczej „niezdolność” kredytowa jest spora – kawalerka, godzinę drogi od pracy, gdzie trzeba pokonać kilkaset metrów błotem, lasem znajduje się na granicy możliwości. Jeśli już jesteś w poważnym związku, druga połowa pracuje, może być trochę lepiej, ale i tak doradca sugeruje zmianę pracy lub podwyżkę choćby o te 200-300 zł na miesiąc, żeby margines zdolności był większy.
Więc idziesz na rozmowę i podajesz swoje oczekiwania finansowe, podstawę na poziomie 4000 brutto (ok. 2850 na rękę) a oglądasz uderzenie szczęki rekrutera o stół – no jak to tak, za możliwość pracy w TAKIEJ firmie, i zdobycie TAAAAKIEGO doświadczenia, robiąc TYYYYYLE projektów (oczywiście bardzo ciekawych, hehe), więcej niż 2500? Żart, roszczeniowy millenials jeden, cholera go mać…

Więc skąd bierze się to „roszczeniowe podejście” i przeświadczenie, że 2500 to „dobra pensja”… na to pytanie odpowie wam statystyka średniej wartości m2 mieszkania na przykładzie Miasta Stołecznego Warszawy (w zasadzie każde dowolne miasto rozwijające się możecie tu włożyć, ale większość znalezionych przeze mnie wyliczeń, jako przykład bierze WWA) – niektóre wskaźniki pokazują, że w roku 2013 średnia cena m2 mieszkania w Warszawie oscylowała w granicach 6900 zł, w roku 2015 było to już 7800 złotych, natomiast niektóre z analiz wykazują, że obecnie (2018) ceny sięgają niemal 9000 PLN!! To z kolei pozwala łatwo przeliczyć kredyt dla przeciętnego, 3 pokojowego mieszkania o powierzchni 59 m2 – ok. 407 tys. PLN w 2013,460 tys. w 2015 i 531 tysięcy w 2018.
Zdaję sobie sprawę z tego, że ceny są uśrednione, charakterystyka oferowanych na przestrzeni lat mieszkań się zmienia (np. większa ilość oferowanych apartamentów i zmniejszająca się ilość kawalerek, które z natury są tańsze), jednak pokazuje to pewnego rodzaju prawidłowość – mieszkania są droższe, więc kredyty większe, co oznacza wyższe raty. Więc tak, osoba, która kupiła mieszkanie w 2013 roku za ok. 250 tysięcy i płaci ok. 1000 zł raty kredytu, nie zrozumie, dlaczego ktoś musi/chce zarabiać minimum 3 tysiące, żeby chociaż marzyć o dostaniu kredytu na identyczne mieszkanie, które i tak „zje” minimum 50% jego zarobków.
To właśnie powoduje, że ludzie mieszkają u rodziców, bo kiedy oni brali kredyty w latach 90, mieszkania kosztowały mniej, pensja 45-55-latka na poziomie 3000 PLN pokrywa kredyt w wysokości 600-700 złotych. Natomiast w „umyśle” osób „na stanowiskach”, mających właśnie 45-55 lat, płacących kredyt, ludzie młodsi wychodzą na roszczeniowych szczeniaków, którzy chcą góry złota dostawać za nic – ciekawe jak będą myśleć o swoich obecnie 10-15-letnich dzieciach, którym za 5-10 lat będą chcieli kupić mieszkanie, z ratą na poziomie 1500 zł miesięcznie za kawalerkę…
I teraz pytanie do was, drodzy czytelnicy. Czy wy także uważacie, że 2850 „na rękę” to dużo pieniędzy?

Uważam, że jeśli mieszkasz z rodzicami, dobrze Ci tak, nie zamierzasz mieć niczego na własność i liczysz tylko na ustawowe dziedziczenie – tak, wystarczy na wszystko. Jeśli twoi rodzice mają lokal własnościowy, wykupiony, to żyć nie umierać (znaczy, czekać na czyjąś śmierć). Jeśli chcecie się rozwijać, samodzielnie kupić mieszkanie z myślą o dzieciach (czyli min. 3 pokojowe), ale jeszcze nie macie „stałej drugiej połówki”, to można zapomnieć. Nawet jeśli dostaniesz, to kredyt zje 60% twoich zarobków, a dodaj do tego możliwość skoku stóp procentowych i po chwili płacisz bankowi za możliwość mieszkania w lokalu, w którym w lodówce jest tylko światło a do jedzenia tynk ze ścian (jeśli było w stanie deweloperskim)…

 

Posts created 27

3 thoughts on “„Millenialsi” – roszczeniowi gówniarze, stracone pokolenie czy ludzie znający swoją wartość?

  1. Każde pokolenie ma w pewien sposób pod górkę, my z mężem do wszystkiego dochodziliśmy sami, nie oglądaliśmy się na pomoc rodziców. Zawsze przykro patrzeć na roszczeniowe postawy wielu młodych, ale za to z podziwem spogląda się na tych, co potrafią działać.

  2. My braliśmy kredyt w 2009 roku, wtedy kupowaliśmy tzw. dziurę w ziemi, do dziś żałuję że nie kupiliśmy nic co „już stało”, bo rok płacenia samych odsetek to stracona kasa dla nas a zysk dla banku. Braliśmy taki kredyt by nawet w założeniu, że tylko jedno z nas będzie pracować będzie nas stać na ratę… Dziś z tego co widzę wśród naszych znajomych to jest też tak, bank da mi więcej to wezmę, i nie myśli się co będzie jeśli coś mi się stanie… to w końcu kredyt na całe życie a nie 2 lata

    1. Niestety to prawda ludzie zapominają o racjonalizmie w takich sytuacjach.
      Z tematem kredytów ostatnio jestem bardzo na bieżąco – przerażające jest podejście niektórych osób! Przecież życie się zmienia nieustannie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top