fbpx

Jakim cudem, w dobie globalnej komunikacji, oduczyliśmy się rozmawiać?

Dzisiejszy świat to jedna wielka rozmowa, informacja lub przekaz. Portale, wortale, blogi i strony, do tego gazety, programy informacyjne on-line, vlogi, testy… z każdej strony płynie informacja! My przekazujemy sobie linki, piszemy na messengerach, what’s upach czy innych czatach, a na koniec dnia okazuje się, że nie umiemy już rozmawiać!

Sytuacja uniwersalna, z którą każdy z was się spotkał lub – co gorsza – przeżył, czyli „szybki modelowy związek”. Związek, który cechuje przypadkowe spotkanie, szybkie szczęście, buziaki i cała ta otoczka z tęczy wylewająca się z objęć zakochanej pary. Wspólne wyjazdy, obiadki, kolacje, myszkowanie, tygryskowanie i tym podobne, aż amerykańskie komedie romantyczne są przy tym wszystkim zupełnie słone i pozbawione koloru! I nagle, ni z tego, ni z owego, w okresie od 6 do 12 miesięcy BUM! Był związek, związku nie ma. 

Ciężko sobie to wyobrazić, jak mogło do tego dojść, szczególnie patrząc z boku. No przecież mieli wszystko, robili wszystko, śmiali się i trzymali za ręce, aż któregoś dnia wybucha kłótnia, ale taka, że ciągnie się godzinę lub więcej. Skąd oni mają tyle tematów do kłótni, skoro zawsze byli tacy zgodni?!

Ale czy na pewno byli zgodni? W pierwszej fazie, tej typowej dla zauroczenia, nie zauważamy wad i zachowań partnera, które nas denerwują i jest to normalne. Z czasem jednak motyle w brzuszku zaczynają robić się coraz bardziej ospałe, a my staramy się ciągnąć nasz związek na „oparach” zauroczenia. W tym momencie ludzie nie zauważają jednej oczywistej rzeczy, w miarę poznawania się, spędzania ze sobą większej ilości czasu, my się zmieniamy, a nasz związek ewoluuje. Oczekiwanie, że po roku znajomości, on nadal będzie przyjeżdżał raz w tygodniu pod jej pracę z bukietem kwiatów lub że ona, nawet po ciężkim dniu w pracy, będzie przed wyjściem na kręgle/kino i malować się jak do ślubu i nawet nie wspomni o „przełożeniu planów” jest zwyczajnie naiwne. Niestety, amerykańskie komedie romantyczne wyrabiają w społeczeństwie jakiś dziwny stereotyp, że jak nie ma bukietów, zaskoczeń itp. raz w tygodniu to znaczy, że związek się kończy, upada, rozchodzi… nie, on zwyczajnie ewoluował, a większość par przegapiła ten moment!

Tak naprawdę wszystko, co napisałam powyżej, jest wstępem do krótkiej i smutnej diagnozy. Ludzie nie umieją ze sobą rozmawiać. Tak ot, zwyczajnie, o tym, co im się nie podoba, czego oczekują, na co mają ochotę. Bo skoro jest tak… dobrze? No, skoro jest tak w sumie w porządku to… nie chcemy ranić drugiej osoby albo boimy się jej reakcji. 

Jeśli nie rozmawialiśmy od początku, kiedy nam coś nie pasowało, coś denerwowało albo wręcz wprawiało w zakłopotanie, druga strona brała to za dobrą kartę. Im dalej w las, tym ciężej jest wytłumaczyć, że „od dziś mi to przeszkadza”.

Wszystkie wcześniejsze spontaniczne zachowania, np. randka na dachu wierzowca, kolacja w restauracji, gokarty, wyjazdy itp., choćby nam nie pasowały, braliśmy w ciemno, żeby nie urazić drugiej osoby, spróbować się do czegoś przekonać. Ale po wszystkim nie padło proste zdanie: „kochanie, wiem, że Ci się podobało, ale jednak branie udziału w rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem, to nie mój konik” lub „wiem, jak lubisz balet, ale to naprawdę nie jest dla mnie”. W ten prosty sposób nie skończysz na mistrzostwach Polski w balecie albo nie zgodzisz się na wyjazd grupy rekonstrukcyjnej, żeby w średniowiecznej wiosce odgrywać rolę „praczki” czy „kucharki”.

Właśnie stąd bierze się później amunicja na godzinę kłótni – bo rycerze a ja ich nie znoszę, bo balet, który mnie nudzi, bo skarpetki na krześle, bo komputer ciągle włączony, bo pralka uruchomiona z niemal pustym bębnem, bo pranie gnije w pralce, bo nie golisz tu, gdzie trzeba, bo nie pachniesz, tak jak lubię… ups! 

Nagle, w gniewie, dochodzą do wniosku, że w zasadzie to od początku związku jakieś małe „cosie” w partnerze ich wk$%%wiają. W ciągu godziny dowiadujemy się, że jesteśmy w sumie nudziarzami/mamy adhd/bałaganiarzami/pedantami/krzykaczami/seksualnie oziębli/cały czas napaleni… Jak w ogóle możemy żyć z kimś takim? 

A wystarczyło na drugiej randce zacząć mówić o swoich uczuciach, potrzebach, oczekiwaniach, planach. 

Skąd to wiem? Bo my z Misiem odbywamy raz na jakiś czas taką profilaktyczną mikro-kłótnię, na bieżąco i na ciepło. Staram się nie wypominać mu rzeczy sprzed miesiąca, tylko rozmawiać na bieżąco. 

Jeśli jesteście właśnie w takim związku, który wszedł w fazę „jest w porządku, ale…” to zacznij rozmawiać i postaraj się zrozumieć partnera. Na spokojnie, małymi krokami postarajcie się wypracować kompromis. Jedna rozmowa nie sprawi, że skarpetki magicznie znikną na zawsze z krzeseł, ale na pewno będzie to każdy mieć na uwadze!

A wy, jakie macie sposoby na takie rozmowy?

Posts created 74

One thought on “Jakim cudem, w dobie globalnej komunikacji, oduczyliśmy się rozmawiać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top