fbpx

Dlaczego bycie internetowym twórcą to – czasami – wrzód na…!

Rozkładam się na kanapie, odpalam laptopa, włączam stronę mojego banku i patrzę, jak pieniądze spływają strumieniami. Przed drzwiami domu ustawia się ogromna kolejka! Panuje gwar i zamieszanie, jakiś „key account manager” pobił się z kurierem o miejsce, prywatna ochrona mojej posesji musi raz po raz interweniować, ale to nic…

Kolejka poczeka, ja będę teraz słuchać słodkiej kakofonii dźwięków wydawanej przez mojego obitego brylantami iphone’a, który rozgrzewa się od powiadomień o wpływach na konto, informacjach od agencji marketingowych, że wysłali „dary losu” albo umowę współpracy opiewającą na 10 000,00 PLN – tylko żebym zgodziła się na dodanie mojego logo na ich stronie, żeby mogli pochwalić się współpracą. Jest godzina 10.00, po 10 godzinach spania i odrobinie czasu, spędzonej na folgowaniu próżności związanej z kontem bankowym oraz kibicowaniu bijącym się o miejsce w kolejce do moich drzwi, przychodzi smutna chwila, czyli czas na pracę… Niestety, trzeba wziąć aparat, cyknąć fotkę, wysłać na IG – TYLE ZACHODU! No, ale cały splendor, pieniądze i luksus warte są każdego poświęcenia. „Jestę Influenserę!”

Po czytaniu niektórych komentarzy lub wpisów na forach o blogerach i influencerach, mam właśnie takie wyobrażenie o ludziach z branży, utrwalone w umyśle przeciętnego internauty. Nic nie robią, kasa spływa sama, czasem strzelą fotkę lub powiedzą parę głupot do kamery „i voila”, życie jak z bajki, bez stresu, ciężkiej pracy, wyrzeczeń. Eh, gdyby to, choć po części, było prawdą, albo gdyby ktoś się zastanowił, ile trzeba było wylać potu, łez i krwi, żeby dojść do takiego poziomu! Ale w oczach naszego społeczeństwa wszystko pojawia się jak zakazy parkowania w śródmieściu – z dnia na dzień, w środku nocy, byle do 6 nad ranem straż miejska zdążyła wlepić te 300-400 mandatów.

Dlaczego o tym piszę? Czy będę zaraz wylewać swoje żale, że życie influencera jest takie ciężkie, że nikt nie będzie się chciał zamienić z etatem?
A może chcę się pożalić na aktualne miejsce mojego bloga/kanału YT wśród influencerów?
Odpowiedź brzmi – nie. Moje miejsce w ogonie blogów, vlogów, instagramów jest spowodowane tylko i wyłącznie moimi wyborami i zawirowaniami życiowymi, którym dałam nad sobą zapanować. Nie mogę mieć o to żalu. Trzeba się spiąć, ruszyć z kopyta, dostarczyć Wam materiał wart czytania, oglądania, lajkowania, subskrybowania. Nic za darmo!
Ten post powstaje po to, żeby troszkę ponarzekać na Polską scenę marketingową. A mogę o niej napisać, bo zdarzało mi się współpracować z marketingowcami i markami zagranicznymi, więc mam pewien rozgląd – niestety. A przepaść jest spora, choć to po części też wina samego środowiska blogowo/instagramowo/ytubowego, jak i samych zlecających kampanie…


W dużym uproszczeniu, istotą influencer marketingu jest to, że osoba znana i lubiana, w jakiś sposób reklamuje dany produkt czy usługę. Może to być oczywista i jawna forma współpracy, dzięki której jej społeczność korzyść (chyba nie myślicie, że wszelkiej maści kody rabatowe są kupowane i rozdawane przez influencerów?), może to być subtelniejsza reklama, np. oznaczenie marki lub producenta ubrań, biżuterii, usług na zdjęciu FB czy IG. W każdym razie, drogi czytelniku, jak każda reklama, Influencer Marketing ma wywołać u Ciebie pozytywne skojarzenia z usługą lub produktem, a „pozytywny odbiór” ma zostać spotęgowany przez firmowanie twarzą twojego „pozytywnego influencera”. Przecież nie wchodzisz na strony, vlogi itp. osób, które Cię drażnią lub denerwują, więc tym bardziej nie kupisz produktów, które reklamują, prawda?
I tam, gdzie kończy się teoria, zaczyna się „Polska Szkoła Marketingu”…

Pierwszym grzechem głównym PSM jest zacofanie. Zacofanie i w komunikacji międzyludzkiej, jak i zacofanie ws. zmian algorytmów, skryptów, botów, systemów i innych rzeczy, które wpływają na widoczność reklamy. Wielu małych i średnich influencerów narzeka, że „14 latki biorące kremiki za darmo to psują rynek!”. Nie do końca zgadzam się z tym twierdzeniem, bo każdy kiedyś zaczynał. Jakikolwiek przejaw zainteresowania ze strony jakiejś marki itp. odbiera się za pierwszy sukces. To z kolei powoduje chęć „przypodobania się”, nie wiedząc, że właśnie trafia się w danej marce na listę „reklama za friko”. Ale tego też trzeba się kiedyś nauczyć i jakoś dowiedzieć. A jak inaczej, niż na własnej skórze, skoro nikt o zdrowych zmysłach nie chwali się kontaktami i kontraktami.
Trzeba zrozumieć, że do patologii dochodzimy w momencie, w którym taki początkujący bloger nie tylko bierze produkt wart 15 czy 25 PLN w drogerii, ale jeszcze ZOBOWIĄZUJE się do napisania o produkcie w superlatywach, choćby nałożenie go na skórę powodowało efekty jak w chorobie popromiennej… To, z jednej strony, doprowadza do deprecjonowania influencerów ogólnie, jako tych, którzy za odpowiednią ilość srebrników zareklamują i środek na wybielanie odbytu, a z drugiej automatycznie wypycha takich blogerów poza nawias. Kto z was będzie później czytał jeszcze bloga, którego recenzja mijała się z prawdą o produkcie jak stąd do Zimbabwe? Uwierzysz w to, że produkt dostarczany do sklepu w szarym papierze i plastikowej buteleczce z napisem „made in china” można opisać jako „nowoczesny i świeży design”? Szanujmy się.
Zasada jest prosta – jeśli nie możesz napisać złego słowa o produkcie, to nie piszesz o nim wcale, bo taka współpraca jest bez sensu.
Skąd jednak bierze się taka nieodparta chęć marketingowców do wysyłania byleczego, byle komu, byle za darmo? Czy chodzi o „ograniczenie kosztów”? Nie… Polscy marketingowcy, żyjący podręcznikami napisanymi przed rokiem 2000, mają wbite do głów, że nie jakość, a ILOŚĆ linków, daje wysokie pozycje w wyszukiwarkach… Tak, dobrze czytacie! Niektórzy z nich żyją w świecie, w którym 10 linków do blogów ze średnią na poziomie 100 odsłon w miesiącu (w tym rodzina i przyjaciele…) jest dla nich warta więcej, niż 1 link z porządnym testem u blogera, który odwiedzin na miesiąc kręci bez trudu 5 tysięcy i więcej! A gdyby podliczyć koszty produktów i wysyłki dla tych 9 „malutkich”, spokojnie wystarczyłoby na mały kontrakt dla jednego początkującego blogera, ale z jakimś ruchem na stronie. Nie mówię, że ilość linków nie ma zupełnie znaczenia, ale algorytmy poszły do przodu i bardziej liczyć się będą akcje i reakcje czytelników niż ilość linków.

No dobra, mamy słabych marketingowców, ale czyja to wina? No niestety, ale… przedsiębiorców. Jakiś czas temu rozmawiałam z młodym przedsiębiorcą na temat współpracy oraz z moimi znajomymi zajmującymi się szeroko pojętą reklamą w Internecie. Rozmawiając z młodym przyszłym-szefem, przedstawiłam, z mojego punktu widzenia, mojego doświadczenia itp., co będzie potrzebne do budowania marki, rozwoju tego biznesu. Dosyć dokładnie wytłumaczyłam, dlaczego sama strona internetowa to dzisiaj mało i trzeba prowadzić fanpage na fb, instagram, a nawet powinien być mikro-blog na stronie firmy. Wszystko to zostało skwitowane prostym zdaniem, po którym ręce opadły:
– mnie nie zależy na „lajkach i żadnych unikalnych użytkownikach”, tylko na sprzedaży usługi!
No tak, skup się kobieto na przyprowadzeniu za rękę klientów z portfelem grubym, jak brzuch Zagłoby, a nie się chcesz pierdołami zajmować, na fejsbuku za moje pieniądze siedzieć!
Na pytanie, skąd weźmiemy zdjęcia do postów na fb, ig, a nawet stronę www, dowiedziałam się, że to załatwi… po czym podesłał mi link do… darmowego stocka! Natomiast ewentualne teksty i opisy do zdjęć pochodziły z darmowych kreatorów opierających się o słowa bliskoznaczne. Czyli wszystko na jedno kopyto, tylko innymi słowami…
Mając mglistą wiedzę o tym, jak działa internet, jak działa reklama, czym jest marketing szeptany (a w jego przypadku byłby bardzo ważny!) i ile zajmuje samo rozruszanie strony internetowej… określił dokładny deadline i ilość usług, które do tego czasu miały zostać sprzedane. Od 0 do zarabiania kasy na czysto, termin wynosił jakieś… 45-55 dni. W takim przypadku potrzeba albo kilkudziesięciu tysięcy złotych na reklamy w telewizji, radiu, Internecie, autobusach albo szamana lub innego czarnoksiężnika. Jak się domyślacie, budżet był kilkanaście razy niższy (o ile w ogóle istniał!)…


Okazuje się jednak, że to bardzo popularny sposób prowadzenia rozmowy przez właścicieli biznesów z firmami marketingowymi. Z rozmów z moimi znajomymi, wiem, że o małych i średnich przedsiębiorcach krążą w marketingowym światku anegdoty i legendy.
Stereotyp „małego prezesa” jest taki, że przychodząc do agencji marketingowej, oni nie chcą rozwiniętego kanału social media, strona firmowa nie musi posiadać specjalistycznych informacji, być ciekawa i ładna dla oka, nie będzie też płacił za dobrej jakości zdjęcia, a o zatrudnieniu fotografa w celu zrobienia unikalnych fotek można zapomnieć, bo zaczyna się krztusić darmową wodą po usłyszeniu widełek za pracę profesjonalisty ze sprzętem!
– Panie zapomnij pan! Ja daje 2 tysiące i ja chcę widzieć w przyszłym tygodniu 100 nowych klientów, więc dzwoń pan do tego interneta i ich załatwiaj! A nie mnie fejsbukami głowę zawracasz! Mój młody, Sebastianek, ciągle w tym fejsbuku siedzi, to ogarnie, pewnie tak dobrze, jak wy i to za kieszonkowe! I telefon ma, to zdjęcia cyknie, prześle i będzie po strachu, a nie… piniądze za darmo chcą wyciągać!
I teraz widzicie, przychodzi „pan prezes”, daje budżet na poziomie 10 tysięcy złotych i (z ciężkim sercem, licząc każdy grosz) 100 gotowych produktów. Łatwo policzyć, że budżet zostanie momentalnie zjedzony przez agencję na opłaty dla pracowników, więc zostają tylko produkty. W tej sytuacji, marketingowiec ma dosyć związane ręce, więc zaczyna szukać kogokolwiek, byle wysłać i uzyskać jakikolwiek link. Klient i tak się na tym nie zna, więc jakość wpisu będzie dla niego drugorzędna… ale jak się w Excelu pokaże ładny, wygenerowany automatycznie wykres kołowy, przedstawiający ilość odwołań do jego produktu PRZED tym, jak przyszedł i PO WIELKIEJ akcji wysyłkowej (bo marketingową nazwać się tego nie da), oczy zaświecą mu się żywym złotem.
No dobra, mamy zdiagnozowane przynajmniej dwa problemy PSM, czyli „branie co popadnie” i pisanie postów chwalących pod niebiosa oraz zerowy lub znikomy budżet na prawdziwą kampanię. Niestety, sami marketingowcy, chociaż działają w niezbyt sprzyjających warunkach, także są trochę winni zaistniałej sytuacji. Dam przykład.
Któregoś pięknego dnia otwierasz swoją skrzynkę mailową i otrzymujesz tekst, w którym są nie tylko błędy, od typowych literówek po niezrozumiałą składnię, ale też jakieś wrażliwe dane czy inne informacje. Pal licho, jak ktoś, zamiast zwrócić się do mnie „Aleksandro” zostawi – zapewne z poprzedniego spam maila – „Katarzyno”. Gorzej, jak nie ukryje listy mailingowej albo poprzedniej korespondencji!


Niestety, nawet jeśli mail jest napisany fajnie, nigdy nie wiesz, czy nie trafiłaś na człowieka z doktoratem PSM. A najpilniejsi studenci, a nawet doktoranci tej uczelni, mają jedną zasadę wpajaną do głowy – jeśli twoje „kopiuj-wklej” nie zaliczyło odpowiedzi „TAK, CHĘTNIE!”, a zawiera jakiś rodzaj negocjacji, to NIE ODPISUJ! Olej, w końcu to tylko roszczeniowy millenials, co chce zarabiać na fotkach buzi w internecie!
Kiedyś mnie to irytowało, ale teraz robię z tego pierwszy test na współpracę – zadaję pytanie lub delikatnie staram się zmienić warunki. Jeśli otrzymam odpowiedź – choćby „niestety, nasz klient nie przewiduje modyfikacji i możemy zaproponować jedynie takie warunki, jak przedstawione w poprzedniej wiadomości”, to mogę się zastanowić, bo przynajmniej wiem, że ktoś po drugiej stronie (być może pobieżnie) przeczytał moją odpowiedź. Czasem można w ten sposób nawiązać kontakt z marketingowcem, przekonać go, że zależy nam na należytym wywiązaniu się z kontraktu, uzyskać kolejne atrakcyjne oferty. Jeśli dostajesz maila po 3 lub 4 tygodniach, to oznacza, że pierwsza seria maili pt. „komukolwiek, byle za darmo” nie odniosła sukcesu, więc „podnoszą stawkę”. Wtedy zwykle otrzymujesz nie tylko darmowy produkt do wychwalenia pod niebiosa, ale dodatkowo zniżkę 10 lub (jeśli się pali pod stołkiem) 20% na kolejny produkt, który oczywiście też musisz wychwalić!
Jak więc widzicie, kwestia marketingu w Polsce jest w moim mniemaniu bardzo złożona. Ok, są firmy marketingowe i reklamodawcy zachowujący wszelkie standardy etyki zawodowej, po negocjacjach wysyłający warunki w postaci umowy do akceptacji. Jeśli trafi Ci się taka akcja, dołożysz starań i wywiążesz się ze swojej części, możesz być pewny, że w kolejnych akcjach tego typu będziesz ich pierwszym wyborem.
Niestety, najczęściej trafiasz na akcję promocyjną prowadzoną po kosztach, obliczoną na sztuczny wzrost w Excelu, przygotowywaną dla zleconiodawcy-dusigrosza, byle wykazać się „skutecznością” w linkowaniu i „skuteczności kampanii reklamowych”.


Ciekawa jestem, jak Wy, czytelnicy, odbieracie tego typu posty. Czy wyczuwacie przez skórę, które recenzje są tak naprawdę reklamami, czy nie ma to wpływu na wasz odbiór całego posta?
A może prowadzisz bloga/vloga i trafiła Ci się jakaś śmieszna/żałosna sytuacja i możesz się nią podzielić?

Posts created 66

5 thoughts on “Dlaczego bycie internetowym twórcą to – czasami – wrzód na…!

  1. Fajny wpis, bo też ze strony marketingowca 😉 Zgadzam się, że jakość linków jest teraz istotna i myślę, że będzie coraz bardziej.
    Jedyna nadzieja, jaka pozostaje – obecna młodzież dorośnie i będzie prezesami, którzy będą bardziej ogarniali internet i social media. Z drugiej strony, pewnie będą gorzej radzić sobie z innymi rzeczami i dalej będą wymagać efektów (sprzedaży) od agencji marketingowej bez zapewnienia budżetu na początek lejka sprzedażowego, na jakiekolwiek zainteresowanie najpierw odbiorców marką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top