Mobile Mix 07'18 czyli lipiec w zdjęciach.

Każdy kolejny miesiąc pokazuje mi, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!
Tanie podróżowanie, weekendowe wypady i zabieg suchego igłowania nad morzem… O tak! Lipiec w tym roku stanął pod znakiem podróżowania po Polsce! Niestety, w niektórych miejscach byliśmy tylko przelotem, ale na pewno do nich wrócimy… 


Zanim zabiorę Cię w emocjonującą podróż po Polsce – od morza po góry – skupię się na bardziej przyziemnych sprawach życia codziennego. Wyjazd do Poznania naładował mnie pozytywną energią, jeśli jeszcze nie wiesz na czym polegała magia tego wyjazdu, koniecznie przeczytaj Mobile Mix 06'18 czyli czerwiec w zdjęciach. Nie wiem jak to się dzieje, ale już po jednym dniu w Warszawie czuję się zmęczona. Myślę, że nie jest to kwestia ilości obowiązków, a atmosfery tego miasta – pędzące tłumy, nie wiadomo za czym, nie wiadomo gdzie, a jakby tego było mało, wszechobecna duchota, za którą odpowiedzialne są szklane budynki wkomponowane w tony betonu i asfaltu.


Jedynym powodem, dla którego powroty do domu są przyjemne, to Salem i jego pełne miłości bursztynowe ślepka – nie bój się, zawsze zostaje pod dobrą opieką i nigdy nie jest sam. Na początku udaje obrażonego księcia, by chwilę później przytulać się bez końca! 

Robiąc „małe porządki”, zagłębiłam się w otchłań dysku mojego komputera i znalazłam swoje zdjęcie sprzed prawie 10 lat. Wiele osób nie wierzy mi, że moim naturalnym kolorem włosów jest blond. A jednak i mam na to dowody!


Pierwsze dwa tygodnie lipca przeleciały mi w sumie przez palce, w trybie oczekiwania i napięcia „przedwyjazdowego”. Wreszcie, 14 dzień miesiąca został rozpoczęty pobudką o 4:30, by już 2 godziny później siedzieć (niestety) w pociągu do Gdyni. Byliśmy szczerze przerażeni, bo ulewny deszcz towarzyszył nam w podróży przez kraj, a my mieliśmy bardzo ambitne plany na naszą weekendową wyprawę. Na szczęście, kiedy wysiedliśmy na dworcu, okazało się, że chmury pomału są rozwiewane przez wiatr, a pomiędzy nimi zaczyna świecić piękne słońce, które towarzyszyło nam do ostatniego dnia tego wyjazdu.


Zacznijmy jednak od Gdyni, która była jedynie postojem w podróży do Wejherowa. Udało się nam jednak obejrzeć dwa okręty:
piękny „Dar Pomorza” zakupiony 1929 roku przez społeczeństwo dla szkoły Morskiej w Gdyni oraz historyczną „ ORP Błyskawicę”, który jako jeden z niewielu przetrwał cały szlak bojowy i powrócił po wojnie do Polski. Zrezygnowaliśmy z ich zwiedzania, ponieważ ilość turystów była wręcz porażająca.

Nie pozostało nam nic innego jak zjedzenie pysznego obiadu w Capitan Cook. Szczerze mówiąc żałuję, że mogliśmy być tam tylko przez godzinkę, ponieważ wystrój jest kapitalny.


Z Wejherowem przywitałam się z klasą (to mało powiedziane) – niestety mój kręgosłup i lewa noga odmówiły posłuszeństwa a ja, na pochylonym chodniku zaliczyłam „wyjście z progu” i lądowanie na zapiaszczonych płytach, którego nie powstydziłby się Adam Małysz (gdyby skoczkowie lądowali na rękach). Czemu Misio mnie nie złapał? No cóż, doskonale wie, że ze względu na moją chorobę nie wolno tego robić, ponieważ spędzilibyśmy 20 minut czekając aż zejdzie nabudowane napięcie mięśniowe. Poza tym, to Misio na wycieczkach robi za tragarza i – choć dla was może zabrzmieć to bezdusznie – cały upadek skwitował stwierdzeniem, że miał do wyboru upuścić torbę z laptopem i łapać mnie wpół albo dać mi polecieć – z tym, że po szybkiej kalkulacji wyszło mu, że ręka się zregeneruje sama a laptop nie… Rozbawiło mnie to na tyle, że przestałam się irytować. 

Zazwyczaj, podczas takich upadków nie dzieje się nic złego, lecz tym razem mocno się obtarłam, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Obmyłam i zdezynfekowałam ranę i wyruszyliśmy na poszukiwanie naszego hotelu.


Więcej tego uroczego, aczkolwiek opustoszałego miasteczka, możesz obejrzeć w filmie, który zamieściłam powyżej. Jeszcze nie jesteśmy mistrzami filmowania ani montażu, ale wszystkiego dzielnie się uczymy.
O wspomnianej misji w Krokowej niestety nie mogę nic więcej powiedzieć, niż to, że oczekiwania były znacznie większe. Uważam, że była to dla mnie dobra lekcja pokory. 

Nie wyszło – mówi się trudno i jedzie się do Koszalina. 

Ze względu na zbieg okoliczności jakim był (i nadal jest - o czym za chwilę) zły stan moich pleców oraz włamanie na konto instagramowe, nie dało mi się porobić zdjęć tego miasta. Powołując się na zdanie przewodnie tego wpisu: „Niema tego złego, co by na dobre nie wyszło” - udało mi się namówić Pana Tomasza (mojego masażystę), by opowiedział kilka słów o zabiegu suchego igłowania, który na mnie wykonał – mikro-wywiad również został ujęty w filmie powyżej.


Cóż innego mogę powiedzieć: „Jesteśmy szaleni!”. Z Koszalina udaliśmy się do Bydgoszczy, Gdzie zjedliśmy przepyszną kolację w restauracji Ogniem i mieczem, która swoim wyglądem przypomina odrobinę unowocześniony dom kniahini Kurcewiczowej. Menu jest połączeniem kuchni obojga narodów. Potrawy kuchni litewskiej przenikają się z tradycyjną kuchnią polską. Pieczona kaczka z jabłkami w towarzystwie klusek śląskich i modrej kapusty skradła moje serce.


Przed powrotem do Warszawy, odwiedziliśmy muzeum fotografii – dla małego frika fotograficznego, jakim niezaprzeczalnie jestem, to niezwykła podróż w czasie. 

Czy obecność w domu na 3 lub 4 dni można nazwać powrotem? Raczej przepraniem ciuchów, by bezkarnie ruszyć w dalszą podróż – tym razem na drugi koniec polski. W ten oto sposób znaleźliśmy się w Głuchołazach, malutkim miasteczku pod czeską granicą, w którym czas się zatrzymuje, a ptaki śpiewają non stop.

Misio mówi, że jest to jego miejsce na ziemi, niestety ja nie mogę podzielić jego zamiłowania, ponieważ w terenie górskim codziennie boli mnie głowa. Żałuję, ale nic nie mogę na to poradzić.


Jeżeli na bieżąco śledzisz mnie na instagramie, na pewno pamiętasz jak wspominałam, że pragnienia trzeba wyłapywać z codzienności i wyciskać niczym cytrynkę. Opierając się o to stwierdzenie znaleźliśmy się w moim ukochanym Wrocławiu, który jest tylko 100 km od Głuchołaz. Nie ważne było to, że spędzimy tam tylko kilka godzin. Klimat tego miasta sprawia, że czuję się zrelaksowana, świat zwalnia a myśli nabierają kształtów. Nie jestem wstanie wytłumaczyć fascynacji tym miastem, ale dzięki niej zawsze wracam tam z chęcią, choćby po to, żeby odkryć kolejnego krasnala, czerpać energię z przepięknej starówki.


Przede mną kolejny miesiąc, zapewne mniej intensywny, ale kto wie… 

Jeśli podoba Ci się filmowa wersja MobileMix daj koniecznie znać w komentarzu i śledź na bieżąco nowe materiały na moim Instagramie. 

A Ty? Jak spędziłaś poprzedni miesiąc?

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.