Odessa plażowanie i pyszne jedzenie czyli podróże z Yasminella.

Odessa to idealne miejsce na urlop.
Miasto położone nad morzem czarnym zaskakuje nie tylko piękną architekturą, smacznym jedzeniem ale także słoneczną pogodą – liczba słonecznych dni w tym regionie przekracza 290 dni w roku.

W naszej podróży po Ukrainie (pierwszy jej etap opisałam we wpisie: Ukraina co warto zwiedzić...) nie mogło zabraknąć odpoczynku na plaży. W celu błogiego wylegiwania się na piasku odwiedziliśmy więc ukraińskie miasto pełne kontrastów. Dlaczego – w moim odczuciu – Odessa jest miastem kontrastów? Przeplatają się tam piękne, aczkolwiek zaniedbane XIX wieczne kamienice z ekskluzywnymi samochodami i butikami marek luksusowych. Wbrew nakreślonej w telewizji i internecie opinii, jest to najbezpieczniejszy i chyba jedyny w tym momencie kurort wypoczynkowy na Ukrainie z bezpośrednim dostępem do morza.


Pierwszy dzień upłynął nam na zwiedzaniu, głupio by było nie zobaczyć najbardziej charakterystycznych miejsc dla tego miasta. 

Schody Potiomkinowskie 
Początkowo stanowiły jedyną możliwą drogę do miasta. Zbudowano je w pierwszej połowie XIX wieku, ale sławę zyskały dopiero 100 lat później, kiedy zostały jednym z „bohaterów” filmu „Pancernik Potiomkin”, w którym stanowiły tło dla wymyślonej masakry ludności, rzekomo dokonanej przez rytmicznie maszerujące wojsko carskie.


Opera w Odessie 

To tak naprawdę Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu w Odessie. Jest to najbardziej zjawiskowy i (chyba) rozpoznawalny budynek w całym mieście. Pierwszy gmach teatru został zbudowany w 1810 roku, według projektu Thomasa de Thomona, niestety po 63 latach spłonął w pożarze. Nowy budynek otwarto w 1887 i był pierwszą budowlą podświetloną iluminacją. W 1925 roku we wnętrzu opery wybuchł kolejny pożar, a podczas II wojny światowej, przed wysadzeniem został uratowany przez stróża teatralnego polskiego pochodzenia, który uszkodził niemiecką instalację minową. To przykre, że tak piękny budynek tyle przeszedł… Po generalnym remoncie został oddany do użytku w 1960 roku.


Dzień zakończyliśmy w niepozornie wyglądającej restauracji Kotelok – nazwa powinna jednoznacznie kojarzyć się z kociołkiem, w którym podawane są dania. U nas ta nazwa od samego początku wywoływała salwy śmiechu, bo dla nas był to Kotełek, a w ten sposób często zwracamy się do Salema - naszego kota.

W menu królują ryby i małże. Tych drugich postanowiłam spróbować po raz pierwszy i szczerze mówiąc, zawiodłam się… Nie rozumiem wszechobecnych zachwytów nad tymi owocami morza, bo moim zdaniem mięso jest po prostu nijakie, a smak całej potrawy zależy w całości od dodatków, z jakimi małże zostały przygotowane.


Półtora następnego dnia spędziliśmy zgodnie z planem na plażowaniu. Postanowiliśmy porównać ze sobą plażę miejską Lanzheron z zachwalaną wszem i wobec Arcadią, znajdującą się w dzielnicy nazywanej „odesskim dubajem”. W obydwu przypadkach można zapomnieć o długim spacerze brzegiem morza, bo każda z nich sprawia wrażenie sztucznej plaży pomiędzy falochronami. Lanzheron jest odrobinę większa, trochę bardziej brudna, ale za to zasady na niej panujące są dużo przyjemniejsze – na przykład, nie ma problemu z kupieniem jednego leżaka na 3 osoby, co na Arcadii jest nie możliwe. Dodatkowo, morze w tym miejscu jest dużo spokojniejsze. Na obydwu jest mnóstwo kawiarni i barów, jednak w przypadku plaży miejskiej ceny są bardziej przystępne.


\Wiem, że powinnam opisać trzy knajpki w Odessie, niestety tej drugiej nie pamiętam, cóż świadczy to tylko o tym, że nie było w niej niczego szczególnego.

Po całym dniu spędzonym na Arcadii, trafiliśmy do cudownej restauracji Veranda. Ach… Klimat w niej panujący i możliwość zjedzenia posiłku przy samej plaży z widokiem na bezkres morza to coś niezapomnianego.
Jagnięcina i stek z tuńczyka to prawdziwy majstersztyk! Każde mięso rozpływało się w ustach, a sposób przygotowania idealnie podkreślał ich smak. Chyba nigdy wcześniej, nie miałam okazji zjedzenia tak pysznego steku z tuńczyka.

Chciałabym móc opowiedzieć Ci więcej o cudownej Odessie, niestety spędziliśmy tam tylko 2,5 dnia. Pomimo wielu kontrastów tego miasta, pokochałam je całym sercem i już odliczam dni, kiedy pojadę tam ponownie – tym razem na dłużej.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.