Mobile Mix 03'18 czyli marzec w zdjęciach.

Ciekawa jestem kiedy będę mogła zacząć posta z tej serii słowami: „To był cudowny miesiąc”. Nie myśl sobie, że nie potrafię doceniać małych rzeczy, jednak po raz kolejny ilość tych neutralnych lub złych była znacznie większa. Postaram się jednak nie skupiać na nich zbyt mocno. :)

Cały marzec upłynął mi na walce z bakteryjnym zapaleniem zatok. Najpierw skoki temperatury, rozpierający ból zatok, potem duszący kaszel, a na kocu brak reakcji na przepisane leki. Nic tylko zastrzelić się własną pięścią! Postanowiłam jednak ten czas wykorzystać inaczej, jako rasowa kobieta postanowiłam zrobić porządki w kosmetykach. Wyrzuciłam wszystkie puste opakowania i pojedyncze terminujące się produkty, by bez wyrzutów sumienia móc poszukać ich zamienników.


Takie perełki jak moja ukochana paleta The Balm Nude Tude czy energetyzujący krem do twarzy GinZing Origins były na liście od dawna. Problemy zaczęły się kiedy przyszło do wybrania następcy ukochanego kremu pod oczy Snail Code – to był dramat! Koniec końców zdecydowałam się na Snail Repair od Mizon – czy będzie godnym zastępstwem okaże się za miesiąc. Nie planowanym zakupem był balsam do ust z Sephora, który okazał się wybawieniem dla moich zmasakrowanych pod wpływem choroby warg. Najciekawszym wydarzeniem zakupowym był jednak moment w którym Misio spytał: „Czemu nie kupisz sobie tego czegoś co zawsze macasz na lotnisku” - miał na myśli znaną każdej kobiecie Mary Lou Manizer. Mojej odpowiedzi nie powstydził, by się żaden pięciolatek: „A bo nie wiem, a bo będzie zbyt żółta, a bo...” Na co Misio ze stoickim spokojem, patrząc na mnie ni to z politowaniem ni to ze śmiechem stwierdził: „Jeśli Ci się to podoba i jest potrzebne to po prostu to sobie kup (w domyśle „i przestań gdakać”).


Czy tylko ja tak mam, że choroba zmienia mnie w rozmarudzonego i rozmemłanego potworka? Na szczęście moi najbliżsi są bardzo wyrozumiali i starali się jak mogli dogadzając i rozpieszczając mnie na każdym kroku. A to suszone jabłuszka, a to świeżo wyciskany soczek z pomarańczy, a to czekoladka. Gdyby nie męcząca mnie temperatura, mogłabym stanąć na szycie góry i krzyknąć: „Żyć nie umierać”.


Po dwóch nieudanych kuracjach antybiotykowych, udało się znaleźć skuteczny sposób leczenia, dzięki czemu szybko odzyskałam siły i chęć do czytania książek czy zrobienia paznokci. Moim nie odłącznym towarzyszem jak łatwo się domyśleć był mały Kisio, który przyczynił się nie tyle co do wprowadzenia zmian w treściach, które publikuje, ale był prowodyrem rozwinięcia wpisu: „Fresh and green czyli zioła, doniczki i ogrodnik w bloku.” To właśnie dzięki niemu powstał drugi artykuł: „Jak uprawiać rośliny w mieszkaniu mając koty? - czyli Fresh & Green cz. II „

Niestety zarówno końcówka marca jak i początek kwietnia były bardzo męczące, ale o tym opowiem następnym razem.

Jak minął Twój marzec?

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.