Hit czy kit? | Rocket Volum' Express Mascara.

Tusz do rzęs jest chyba jednym z najczęściej zużywanych przeze mnie kosmetyków, to chyba normalne czy próbuję się pocieszyć? Kolejnym w kolejce jest Maybelline The Rocket Volume Express. Kiedyś maskary tej marki były jednymi z moich ulubionych, przyczyniło się to do wysokich oczekiwań względem granatowo – różowej wersji.

„Wybuchowa objętość w ekspresowym tempie, pogrubione rzęsy bez grudek. Pokochaj nasz najbardziej odlotowy tusz wszechczasów!
Pokochasz za
• Połączenie nowoczesnej szczoteczki Ultra – Sonic, która zapewnia równomierne pokrycie tuszem zapobiegając powstawaniu grudek, z legendarną formułą Fast – Glide, pozwala osiągnąć nawet 8 razy większą objętość rzęs
Dla najlepszych efektów
Aby rzęsy były bardziej wyraziste nałóż tusz od nasady aż po końce dla uzyskania wybuchowej objętości.”
Początkowo szczoteczka skojarzyła mi się z tą od L’oreal Volume Million Lashes. Jednak po dokładnych oględzinach doszłam do wniosku, że jest ona bardziej okrągła, a jej włoski odrobinę rzadsze i grubsze. Po pierwszym użyciu byłam przerażona, rzęsy były posklejane, a ich rozczesanie graniczyło z cudem. Odłożyłam ją na jakieś dwa tygodnie, wykańczając w tym czasie L’oreal Feline Noir nota bene dobrze, że już się skończyła.


Po tym odpoczynku czułam się jakbym sięgnęłam po zupełnie inny produkt. Rzęsy nie były już tak oblepione tuszem, a jego konsystencja sprzyjała ich rozczesaniu, po prostu formuła potrzebowała trochę czasu, by podeschnąć.


Po początkowym rozczarowaniu, maskara okazała się tak samo dobra jak inne z rodziny Maybelline, których używałam. Nie osypuje się, nie odbija na powiekach, niestety jej wrogiem są łzy lub deszcz, ale nie wymagajmy zbyt dużo, przecież jej formuła nie jest wodoodporna.

____________________
Żródło:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.