NEW IN: Tisane balsam do ust. Na ratunek suchej i pękającej skórze.

Po latach ignorancji, zrozumiałam i pokochałam balsam do ust uwielbiany przez miliony. Bardzo długo wzbraniałam się przed jego zakupem, a to nie higieniczna aplikacja, a to dziwny zapach. Jednak po ostatniej chorobie stał się jedyną deską ratunku i (chyba) ostatnią dla przesuszonej i popękanej skóry wokół nosa i ust.


Przesuszona i popękana skóra wokół nosa i ust, jakie to delikatne określenie, to była sucha skorupa! Próbowałam maści z witaminą A, Carmexu, klasycznej pomadki wazelinowej, naprawdę nic nie pomagało. Wtedy przypomniałam sobie, że jest jeszcze jeden produkt, zachwalany przez ludzi od lat, którego nie próbowałam, oczywiście chodziło o Tisane.  Nie jestem zwolenniczką kosmetyków w słoiczkach, nie lubię wkładać do nich palców. Nie zawsze są one idealnie czyste, (o ile w ogóle jest to możliwe) a wyciąganie produktu spod paznokci to istna udręka. Dlatego używam go tylko w domu wyskrobując wierzchem paznokcia. Konsystencja przypomina mi połączenie woskowego Carmexu z masełkami z Nivea, właśnie taką konsystencję ma wosk pszczeli, który dominuje w składzie w połączeniu z olejami. Zapach dla mnie jest dziwny, mdły - mieszanka wcześniej wspomnianego wosku pszczelego z wanilią i nutką kakao, ale jak wiadomo nie to jest najważniejsze.


Początkowo balsamu używałam co chwila tzn od wchłonięcia do wchłonięcia. Od razu poczułam ulgę, skóra przestała przypominać szorstką, twardą, suchą skorupę. Zmiękczyła się i zaczęła powolutku wracać do stanu pierwotnego, poprzez delikatne złuszczenie. Po upływie tygodnia zapomniałam o problemie, ale nie o Tisane. Smaruje nim usta kilka razy dziennie, kiedy siedzę przy komputerze, wierzę że to dzięki niemu moje wargi pomimo ujemnych temperatur są w  dobrej kondycji.

Jak Tisane sprawdza się latem?

PS: Daj znać czy zdjęcia nie są zbyt ciemne/jasne. Jak wiesz zmieniłam monitor i nie wiem czy dobrze się dogadujemy.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.