Czy warto kupić tusz do rzęs za 150 złotych? | Helena Rubinstein Lash Queen Feline Blacks.

Odkąd pamiętam sięgałam po drogeryjne maskary do rzęs, wydanie ponad 100 złotych na tusz wydało mi się irracjonalne. Czy coś się zmieniło? Czy jeden z najbardziej popularnych produktów z tej kategorii, chyba w najbardziej rozpoznawalnym opakowaniu na całym świecie wpłynął jakoś na moją opinię?


Teraz możesz zacząć się ze mnie śmiać, ale pierwszym pytaniem, które zadałam po otrzymaniu tego kosmetyku było "a skąd Ty to masz?". Byłam pewna, że mój Luby raczej sam nie kupiłby mi maskary za 150 zł. Nie pomyliłam się, ale nie o tym. Przez pierwsze kilka dni to cacuszko leżało na półce, jakby czekało na lepsze czasy, zdążyłam w tym czasie zużyć  mój poprzedni tusz. Szczerze mówiąc od samego początku nie wiedziałam czego się spodziewać, a jak łatwo się domyśleć poprzeczka stała bardzo wysoko.


Opakowanie jest przepiękne, szczotkowany metal w kolorze złotym w nieregularne cętki. Ciężko mi określić czy szczoteczka jest silikonowa czy z włosia ponieważ jest niezwykle miękka i delikatna. Konsystencja maskary też jest nieco inna niż te, z którymi miałam wcześniej do czynienia, kojarzy mi się ona z musem, jest niezwykle lekka. Połączenie tych dwóch właściwości pozwala na idealna pokrycie rzęs tuszem od nasady, po same końce bez ich sklejania. Włoski są od siebie oddzielone. Odkąd jej używam bardzo często spotykam się z pytaniami gdzie przedłużałam rzęsy. Wniosek? Lash Queen Feline Blacks potrafi wydobyć piękno rzęs bez ich sklejania i obciążania.



Maskara delikatnie unosi i podkręca rzęsy, jej główną umiejętnością jest ich wydłużenie. Włoski po pomalowaniu są bardzo miękkie i elastyczne, a kosmetyk nie osypuje się ani nie odbija. Używam jej już jakiś czas i w dalszym ciągu nie umiem stwierdzić czy mój zachwyt nad nią spowodowany jest autosugestią czy jest ona rzeczywiście taka świetna. Po mimo wszystko na chwilę obecną nie będę mogła pozwolić sobie na zakup kolejnego opakowania, każdą wolną 100 inwestuję w nowy komputer, który z każdym dniem jest coraz bliżej mnie.

***Znasz tusze Heleny Rubinstein?***

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.