Rimmel Scandaleyes by Kate Moss. HIT czy KIT?

Dlaczego tak rzadko przygotowuję dla Was recenzje tuszy do rzęs? Praktycznie pod każdą recenzją pojawiają się zarzuty że  mam sztuczne rzęsy bądź  jaki jest sens testowania maskar na takich rzęsa, przecież na nich wszystko sprawdza się świetnie. Kochani otóż nie. Wbrew pozorom tak długie i mocno podkręcone rzęsy mają swoje wymagania.


Z maskarami Rimmel z rodziny Scandaleys mam  bardzo zmienną relację. Niektórych wersji nienawidzę a inne kocham. Jak jest w przypadku tej wersji? Formuła jest genialna, jednak ta szczoteczka mnie irytuje. Jest bardzo duża, a co  za tym idzie jest nie poręczna, a jej kształt wcale nie pomaga.  Trzeba nauczyć się nią manewrować w innym przypadku zamienimy się w dalmatyńczyka.


Kiedy już  uda się nam opanować tego potwora,  jest już coraz lepiej. Formuła tuszu jest bardzo lekka, nadaje się do używania od razu, bardzo delikatnie otula rzęsy - nawet po wyschnięciu włoski są miękkie. Pomimo lekkiej konsystencji rzęsy są lekko pogrubione i podkręcone. Maskara się nie kruszy i nie rozmazuje nawet jeżeli złapie nas deszcz, co za tym idzie trzeba poświęcić jej trochę czasu by ją dokładnie zmyć.
Zapomniałam wspomnieć że jest to jedna z bardziej czarnych maskar jakie miałam.

Na powyższym zdjęciu  mam rzęsy pomalowane jeden raz. Przy okazji możecie zobaczyć co się dzieje gdy pomalujemy nią dolne rzęsy. Powieka wygląda jakby była podkreślona czarną kredką. Na szczęście ten efekt utrzymuje się aż do zmycia, nie tworząc pandy po kilku godzinach.


Reasumując  formuła jest HITEM, a szczoteczka KITEM.




Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.