środa, 25 maja 2016

Są takie dni, kiedy czujemy się zmęczone, brzydkie, a jedyne o czym marzymy to zaszyć się gdzieś w samotności. Osobiście właśnie w takie dni najchętniej urządzam sobie małe spa, w zależności od humoru i potrzeb skupiam się na innych partiach ciała. Dzisiaj opowiem Ci o moim sposobie na odświeżenie i nawilżenie skóry twarzy. Nie sugeruj się konkretnymi produktami, a na samym przebiegu tego małego rytuału.


Zaczynam od dokładnego demakijażu. Pierwszym etapem jest zmycie oczu, brwi i ust za pomocą delikatnego płynu micelarnego, później skupiam się na powierzchownym usunięciu podkładu. Kolejnym krokiem jest dokładne umycie twarzy za pomocą żelu w moim przypadku jest to Vichy PURETÉ THERMALE Odświeżający żel do mycia twarzy - Żel (bez mydła). Potem w zależności od potrzeb sięgam po szczoteczkę do mycia buzi lub mieszam kornud z żelem i masuje całą twarz największą uwagę skupiając na strefach problematycznych. W ten sposób złuszczam martwy naskórek, co ułatwi wchłanianie się substancji aktywnych z maseczki, serum czy kremu. Po takim masażu przecieram skórę tonikiem - Bioline Bio Hydrolat z bławatka. 
Nadszedł czas na aplikację maseczki, na chwilę obecną najchętniej sięgam po Fitoaktywną Witaminową od Bania Agafii. Po około 20 minutach zmywam ją i ponownie przecieram buzię tonikiem, by cały rytuał zakończyć aplikacją kremu pod oczy Snail Code – oraz nawilżającego serum z Sothys, o którym opowiem Ci za jakiś czas.


Rytuał, który opisałam jest domową wersją gabinetowego zabiegu odświeżająco - nawilżającego, wykonywany regularnie da dokładnie takie same efekty, pod warunkiem, że kosmetyki, których użyjemy będą odpowiednio dobrane do rodzaju naszej cery. Rano skóra jest gładka i mięciutka niczym pupcia niemowlaka, dodatkowo pory stają się mniej widoczne, a wszystkie efekty utrzymują się około tygodnia. Czy to dobry pretekst, by raz na 7 dni poświęcić sobie 30 minut. 

Jakie są Twoje sposoby na domowe spa? 

__________________________________
Linki do recenzji:




poniedziałek, 23 maja 2016

Tusz do rzęs jest chyba jednym z najczęściej zużywanych przeze mnie kosmetyków, to chyba normalne czy próbuję się pocieszyć? Kolejnym w kolejce jest Maybelline The Rocket Volume Express. Kiedyś maskary tej marki były jednymi z moich ulubionych, przyczyniło się to do wysokich oczekiwań względem granatowo – różowej wersji.

„Wybuchowa objętość w ekspresowym tempie, pogrubione rzęsy bez grudek. Pokochaj nasz najbardziej odlotowy tusz wszechczasów!
Pokochasz za
• Połączenie nowoczesnej szczoteczki Ultra – Sonic, która zapewnia równomierne pokrycie tuszem zapobiegając powstawaniu grudek, z legendarną formułą Fast – Glide, pozwala osiągnąć nawet 8 razy większą objętość rzęs
Dla najlepszych efektów
Aby rzęsy były bardziej wyraziste nałóż tusz od nasady aż po końce dla uzyskania wybuchowej objętości.”
Początkowo szczoteczka skojarzyła mi się z tą od L’oreal Volume Million Lashes. Jednak po dokładnych oględzinach doszłam do wniosku, że jest ona bardziej okrągła, a jej włoski odrobinę rzadsze i grubsze. Po pierwszym użyciu byłam przerażona, rzęsy były posklejane, a ich rozczesanie graniczyło z cudem. Odłożyłam ją na jakieś dwa tygodnie, wykańczając w tym czasie L’oreal Feline Noir nota bene dobrze, że już się skończyła.


Po tym odpoczynku czułam się jakbym sięgnęłam po zupełnie inny produkt. Rzęsy nie były już tak oblepione tuszem, a jego konsystencja sprzyjała ich rozczesaniu, po prostu formuła potrzebowała trochę czasu, by podeschnąć.


Po początkowym rozczarowaniu, maskara okazała się tak samo dobra jak inne z rodziny Maybelline, których używałam. Nie osypuje się, nie odbija na powiekach, niestety jej wrogiem są łzy lub deszcz, ale nie wymagajmy zbyt dużo, przecież jej formuła nie jest wodoodporna.

____________________
Żródło:

czwartek, 19 maja 2016

Kiedyś regularnie olejowałam włosy, potem z niewiadomego powodu przestałam, nie pytaj czemu nie wiem, może tak po prostu, a może z lenistwa… Jednak jakieś dwa, a może już trzy miesiące temu postanowiłam powrócić do tego zabiegu. Wymyśliłam sobie, że na początek kupię jakiś tani, ale dobry olejek, tak na wszelki wypadek, gdybym jednak nie była systematyczna. Wybrałam Olejek łopianowy z czerwoną papryką z Green Pharmacy.


„Naturalny olej z korzenia łopianu wzmacnia strukturę włosów, odżywia ich cebulki, pobudza wzrost, zmniejsza łojotok. Działa przeciwzapalnie i przeciwłupieżowo. Czerwona papryka pobudza mikrokrążenie skóry głowy, ułatwia wnikanie składników aktywnych olejku do korzeni włosów. Włosy są gęstsze i mocniejsze, lśniące, pełne życia.”
Co skłoniło mnie, by ponownie zacząć przygodę z olejowaniem? Przesuszona skóra głowy i wzmożona łamliwość włosów. Zanim jednak opowiem o efektach zatrzymam się na chwilę przy opakowaniu, które jak w większości tego typu kosmetyków nie jest zbyt praktyczne. Brak dozownika utrudnia, aplikację odpowiedniej ilości produktu, na szczęście po kilku użyciach doszłam do wprawy. Olejek jest praktycznie bez zapachowy. Jednorazowo zużywam około 2 łyżek stołowych, może wydawać się że jest to dużo. Musisz jednak wiedzieć, że nakładam go nie tylko na skórę głowy, ale również na długość włosa, a moje kłaczki wchłaniają znaczną jego porcję.

„Ciepły olejek wmasować w skórę głowy u nasady włosów, pozostawić na 20-30 minut, następnie umyć włosy szamponem i nałożyć balsam, najlepiej z serii Green Pharmacy, dostosowanym do typu włosów. Stosować zabieg 1-2 razy w tygodniu. Unikać kontaktu z oczami, a w przypadku dostania się do oczu przemyć od razu dobrze wodą.”
Jak widzisz producent zaleca aplikację na ciepło, jeżeli mam być szczera nigdy w ten sposób nie robiłam, możliwe że wtedy efekty były by bardziej zadowalające, kto wie. 
Używałam go raz w tygodniu, nakładając go na godzinę dwie przed myciem. Zmywam go za pomocą metody OMO, która gwarantuje mi 100% zmycie olejku z włosów. Efekty? Mnie zadowoliły. Nie liczyłam na przyspieszenie wzrostu włosów, a nawilżenie skóry głowy jak i samych włosów. Udało się! Skóra przestała się łuszczyć, a kłaczki stały się bardziej błyszczące i elastyczne. 
Skład jest prosty, nie znajdziemy w nim zbędnej chemii:
„Vegetable Oil (olej roślinny), SC-CO2-extract Arctium Lappa (Burdock) (łopian), Capsicum Annuum Resin(olej z czerwonej papryki), BHT(przeciwutleniacz)."
W internecie natrafiłam na burzę dotyczącą tego olejku „przecież to sam olej roślinny!” owszem, ale czy to coś złego? Moim zdaniem, ten produkt jest dobrym wyborem, by zacząć swoją przygodę z olejowaniem, by sprawdzić czy w ogóle odpowiada nam taka forma pielęgnacji.
Jakie oleje polecacie?

środa, 18 maja 2016

Odpowiednio wykonany demakijaż jest podstawą pielęgnacji każdej cery. Czyż nie było by wspaniale móc zmyć makijaż za pomocą tylko i wyłącznie czystej wody? Brzmi nie wiarygodnie? Takie możliwości ma Glov Hydro Demaquillage.
„Delikatne włókna usuwają z powierzchni skóry nawet głębokie zanieczyszczenia, zachowując jednoczenie naturalny poziom bariery hydro-lipidowej. Skóra staje się idealnie czysta i miękka w dotyku.
Glov Hydro Demaquillage nawilża twoją skórę i delikatnie pilinguje jej powłokę. Przywraca komfort,
a także zapewnia matowy wygląd.”
Brzmi imponująco prawda? Zanim jednak przejdę do właściwego testu, który tym razem pojawi się w odrobinę innej formie niż zawsze, przytoczę jeszcze kilka słów o materiale z którego wykonana jest ta magiczna szmatka:
Włókna GLOV są wykonane w mikro technologii, która pozwala stworzyć włókna cieńsze od 1 deniru.
To oznacza, że 1 kilometr włókien GLOV waży mniej niż 1 gram.
Jedno włókno GLOV jest do 30 razy cieńsze od włókna bawełny i do 100 razy cieńsze od ludzkiego włosa”

„Włókno GLOV jest nie tylko mikro cienkie ale ma też specjalny kształt. W przekroju włókno GLOV wygląda jak ośmioramienna rozgwiazda, dzięki czemu łatwiej i efektywniej zbiera make-up i inne zabrudzenia. Włókna GLOV świetnie penetrują mikro strukturę skóry twarzy, oczyszczając ją z zanieczyszczeń.”
„Kształt i wielkość włókien GLOV gwarantują perfekcyjny demakijaż tylko za pomocą wody. Taki system jest dużo bardziej wydajny od okrągłego kształtu włókna bawełny, stosowanego w płatkach kosmetycznych. Kształt rozgwiazdy łapie w swoje rowki zanieczyszczenia, dzięki czemu nie rozmazuje makijażu na powierzchni skóry. Tym różni się od włókien bawełny, które jedynie obtaczają zanieczyszczenia wokół siebie.„

Powyższy materiał jest nagraniem z mojego pierwszego użycia Glov. Owszem poradził sobie on ze zmyciem tuszu z rzęs, ale trwało to znacznie dłużej niż w przypadku klasycznego demakijażu. Oprócz tego skóra jest mocno zaczerwieniona na skutek tarcia, niestety pomimo tego, że starałam się robić to delikatnie udało mi się wyrwać kilka rzęsek. Cały proces nie należy do najprzyjemniejszych właśnie ze względu na tarcie, po jego zakończeniu czułam znaczy dyskomfort w okolicy oka. Skóra była napięta i poirytowana. 

Moim zdaniem jest to zbędny gadżet. Owszem działa, ale nie ma dobrego wpływu na kondycję skóry, a sam demakijaż trwa zdecydowanie dłużej. Nie mogę powiedzieć, że jest to bubel, jeżeli twój makijaż jest delikatniejszy, bądź naprawdę znikomy Glov może okazać się świetnym produktem, który pozwoli Ci na zaoszczędzenie kilku złotych.

_____________________
Żródło:

poniedziałek, 16 maja 2016

Odkąd pamiętam walczę z suchą skórą dłoni. Kremy do rąk mam dosłownie wszędzie przy komputerze, w kuchni, w łazience, w sypialni i oczywiście w torebce. Nigdy nie przepadałam za klasyczną formą ich opakowań. W tubkach zawsze drażniły mnie uciekające nakrętki czy ciężko chodzące zatrzaski. Niestety ciężko dostać tego typu produkty w opakowaniach z pompką. Możesz sobie więc wyobrazić jak bardzo ucieszyłam się, kiedy w moje rączki trafiły dwa kremy z Indigo.

„Kremy do rąk Indigo, podobnie jak balsamy do ciała łączą w sobie unikalną, odżywczą recepturę 9 składników aktywnych połączoną z przepięknymi zapachami. Posiadają jednak gęstszą konsystencję. Tak jak balsamy Indigo, kompleksowo pielęgnują skórę, wyrównując jej koloryt. Sprawiaja, że dłonie stają się delikatne, a ich skóra jest elastyczna i gładka. Indigo jako pierwsza i jak dotąd jedyna firma kosmetyczna połączyła tak wiele składników aktywnych, gwarantując przy tym niespotykaną do tej pory jakość i skuteczność kremu. Swój przepiękny zapach kremy do rąk zawdzięczają wybranym nutom zapachowym z linii perfum Indigo, a także lekkim, słodkim i owocowym kompozycjom oraz aromatycznym, świątecznym zapachom z przyprawami.„
Każda z 9 wersji zapachowych występuje w trzech pojemnościach 30, 100 i 300 mililitrów w opakowaniach z wspomnianą już pompką. Pozwala to na posiadanie swojego ulubionego kremu zawsze przy sobie.
300 ml butelka jest zaopatrzona w działającą bez zarzutu pompkę, sympatycznym dodatkiem jest jej estetyczny wygląd. Zresztą jak w przypadku wszystkich produktów tej marki. Czy muszę wspominać, że stoi obok mojego komputera? Łatwa aplikacja i szybkie wchłanianie, pomimo dość gęstej konsystencji pozwalają mi używać go pod czas pracy, bez jej przerywania czy ob tłuszczenia wszystkiego na około. 


Matrioshka od razu skojarzyła mi się ze świecą Yankee Candle Pink Sands. Moim zdaniem zapach jest odrobinę delikatniejszy, ale równie przyjemny. Utrzymuje się na dłoniach przez około godzinę. Jak radzi sobie z nawilżaniem? Według mnie całkiem nieźle, ale nie jest to najlepszy kosmetyk jakiego używałam w swoim rodzaju. Jest to pewnie związane z tym, że jest mocno perfumowany, a skład sam w sobie do najlepszych nie należy.


Do mojej kosmetyczki trafił 30 mililitrowy przyjemniaczek o zapachy Femme Fatale. W tym przypadku pompka również działa bez zarzutu, a dodatkowym plusem małego opakowania jest twarde tworzywo, z którego jest wykonane. Dla mnie jest to ogromny plus ponieważ nie raz nie dwa zdarzyło mi się, że klasyczne tubki wybuchały mi w torebce. Po miesiącu stosowania, mam wrażenie, że jest on słabszy od swojego większego brata, Konsystencja jest odrobinę rzadsza, a działanie bardziej doraźne niż rzeczywiście nawilżające. Ta wersja zapachowa jest zdecydowanie cięższa, bardziej kobieca czyli idealnie wpasowuje się w moje upodobania zapachowe. Kilka razy po posmarowaniu dłoni słyszałam pytania „Co tak ładnie pachnie?”, „Co to za perfumy?” dopóki nie pokazałam, że jest to tylko krem do rąk nikt nie chciał mi wierzyć.


Czy warto zainwestować w kremu do rąk Indigo? O tym musisz zadecydować sama. Dla mnie jest to strzał w 10! Praktyczne opakowania i piękne zapachy skradły moje serce. Na chwilę obecną nie wyobrażam sobie używania innego kremu. Może się wydawać, że ich ceny są mocno wygórowane 300ml kosztuje 33zł, co daje 11zł za 100ml czy to dużo? To już kwestia indywidualna. Ja już zastanawiam się jaki zapach wybrać gdy skończę Matrioshkę.

Znasz te kremy?
Jaki zapach jest warty uwagi?

____________________________________________
Żródło:

sobota, 14 maja 2016

Dawno nie pisałam nic o kremach do twarzy a to wszystko dlatego, że testowałam nowości od Clareny. Jakiś czas temu wspominałam Ci, że byłam na konferencji tej marki, wówczas obiecałam, że za jakiś czas pojawi się pełna recenzja ty produktów.


Swoją przygodę zaczęłam z 60 Seconds Snake Cream, który został zrobiony podczas spotkania. Każdy z uczestników otrzymał malutki słoiczek do spróbowania. Dla niektórych osób stosowanie kosmetyków z jadem węża czy śluzem ślimaka jest odpychające, dla mnie od czasu po operacji nie stanowi to większego problemu, ponieważ wtedy śluz ze ślimaka był jednym z moich najlepszych przyjaciół.
Obawiałam się czegoś innego, że ten krem będzie dla mnie zbyt mocny. Okazało się jednak, że świetnie się sprawdził jako 3 tygodniowa kuracja dla mojej przesuszonej w tamtym okresie cery.



„Liftujący krem na dzień rekomendowany dla cery dojrzałej ze zmarszczkami i utratą elastyczności. Dzięki zawartości jadu węża Syn-Ake® zapobiega powstawaniu zmarszczek poprzez hamowanie skurczów mięśni. Lekka formuła sprawia, że krem szybko się wchłania i stanowi doskonałą bazę pod makijaż, a skóra jest gładka zaledwie w kilka sekund.
Regularne stosowanie kremu gwarantuje elastyczności skóry i spłycenie zmarszczek mimicznych. „ 
Pomimo zaleceń, by używać go na dzień, stosowałam go na noc. Robiłam tak z dwóch powodów: 

1. Traktowałam go jako kurację, a jak wiadomo procesy naprawcze w skórze najintensywniej działają właśnie o tej porze. 

2. Razem z innymi Blogerkami zauważyłyśmy, że krem nie z każdym podkładem współpracuje jak należy. Świetnie daje sobie radę przy lekkich, bezolejowych formułach jednak przy cięższych bardziej kryjących, niestety się roluje. 
Krem ma bardzo lekką formułę o różowym zabarwieniu, która szybko się wchłania. Po aplikacji odczuwałam lekkie mrowienie zapewne związane z działaniem jadu węża czyli hamowaniem skurczów mięśni. Skóra po takiej kuracji jest ujędrniona, a zmarszczki mimiczne spłycone. 


Drugim kremem, który (chyba) bardziej przypadł mi do gustu jest O2xylogic Cream - Krem tlenowy o lekkiej konsystencji pianki. Na zdjęciach możesz zauważyć, że mój produkt nie znajduje się w oficjalnej wersji opakowania, wszystko dla tego, że otrzymałam go przed premierowo. Dlatego też nie wiem czy w jakiś sposób nie została zmieniona jego formuła, jednak składniki aktywne na pewno pozostały te same. 


„Krem tlenowy o lekkiej konsystencji pianki, polecany dla skór szarych, zmęczonych i zestresowanych. Dzięki składnikom aktywnym usprawnia oddychanie komórkowe i spowalnia procesy starzenia. SepitonicTMpoprawia natlenienie komórek skóry, dzięki czemu naskórek ulega wygładzeniu, istniejące zmarszczki są wyraźnie spłycone, a tworzenie się nowych jest zahamowane. RiboxylTM stymuluje metabolizm ATP i tlenu oraz detoksykuje i uelastycznia skórę. Aktywne działanie dotleniające wyraźnie wygładza i rozjaśnia skórę, nadając jej promiennego blasku.

RiboxylTM – naturalna D-ryboza, generuje nowe ATP (energię komórek), dzięki czemu pomaga komórkom lepiej funkcjonować. Stymuluje syntezę głównych składników skóry właściwej , przez co poprawia wygląd skóry. Działa ujędrniająco, uelastyczniająco, przeciwzmarszczkowo i odżywczo na skórę.
SepitonicTM – zwiększa natychmiastową dostępność tlenu i tym samym poprawia natlenienie komórek skóry. Następuje polepszenie metabolizmu i przyspieszenie regeneracji komórek. Skóra ulega wygładzeniu, istniejące zmarszczki są wyraźnie spłycone, a tworzenie się nowych jest zahamowane. Dodatkowo chroni skórę przed działaniem wolnych rodników oraz procesem glikacji – istotnymi czynnikami przyspieszającymi starzenie.„
Od samego początku zastanawiało mnie określenie „o konsystencji pianki”, szczerze mówiąc nie widzę nawet podobieństwa. W moim odczuciu jest ona owszem lekka, ale kremowo – żelowa. Krem szybko się wchłania, niweluje uczucie ściągnięcia skóry i pozostawia na niej delikatny film, który daje efekt wygładzenia. Nie zauważyłam, by miało to negatywny wpływ na kondycję cery, na pewno ułatwia aplikację podkładu. Niestety używając go pod makijaż musisz pamiętać, by użyć mocno matującego pudru, ponieważ wzmaga on świecenie. Czy to nie paradoks? Kładziemy dzienny krem nawilżający, a potem musimy zaaplikować produkty mocno wysuszające. Znacznie lepiej sprawdza się w dni kiedy nie muszę się malować lub w pielęgnacji wieczornej kiedy moja skóra nie potrzebuje bardzo mocnego nawilżenia. Ale, ale… Czy to oznacza, że O2Oxylogic jest kiepskim kremem? Moim zdaniem nie. Po regularnym stosowaniu przez około miesiąc zauważyłam poprawę kondycję jakości skóry. Stała się ona bardziej elastyczna, widocznie nawilżona dzięki czemu zyskuje naturalny blask. 

Musisz pamiętać, że moja cera jest bardzo wymagająca, wiąże się to z jej mieszaną „struktura”. Nie jest typowa, ponieważ strefy lubią się zamieniać w jednym okresie strefa T się przetłuszcza, a w innym przesusza Wszystko zależy od momentu cyklu, aury panującej na zewnątrz oraz wilgotności powietrza w pomieszczeniach, w których przebywam.


Czas na podsumowanie. Oba kremy przy regularnym stosowaniu poprawiają wygląd i jakość skóry, nie przyczyniają się do powstawania nieprzyjaciół. W takim razie czy warto zainwestować w te kosmetyki? Według mnie tak, ponieważ nigdy nie zauważyłam by typowy drogeryjny krem tak dobrze wpływał na moją skórę, nie mogę jednak pokusić się o porównanie do dermokosmetyków, które często skupiają się na walce z konkretnym problemem.

________________________________________________
Źródło: 

poniedziałek, 9 maja 2016

Za każdym razem kiedy piszę post o pielęgnacji włosów zaznaczam, że stale prowadzę walkę o poprawę ich kondycji. Od samego początku szukałam produktu, który je wzmocni i zmniejszy wypadanie. Udało się! W moje ręce trafiła kuracja przyśpieszająca wzrost i zapobiegająca wypadaniu włosów z DermoFuture.




„STOSOWANA REGULARNIE PRZYSPIESZA WZROST I ZAPOBIEGA WYPADANIU WŁOSÓW Z kompleksem rapidity NEW-5His przyspieszającym wzrost włosa PRZYSPIESZA WZROST WŁOSÓW, POBUDZA PRACĘ CEBULEK WŁOSOWYCH. Kuracja przeciw wypadaniu włosów DF5 women to specjalistyczny innowacyjny preparat do włosów osłabionych, zniszczonych i wypadających. Specjalnie opracowana receptura nowej generacji łączy w sobie kompleks składników aktywnych rapidityNEW-5His przyspieszającym wzrost włosa, zapewniający wielopoziomowe działanie i eliminujący główne przyczyny wypadania włosów. Kuracja zwiększa przenikanie substancji aktywnych do mieszka włosowego, co stymuluje szybszy wzrost włosa. Pobudza włosy do wzrostu i dotlenia skórę głowy. Cebulka włosowa i zakotwiczenie są znacznie wzmocnione. -odżywia cebulki włosowe i przyspiesza ich wzrost
-sprawia, że włosy są mocniejsze i grubsze, przez co zwiększa się ich objętość
-skutecznie hamuje wypadanie włosów
-dzięki wzmocnieniu cebulek włosa silniej je zakotwicza
-dotlenia skórę głowy oraz odżywia i nawilża włosy Pierwsze efekty zauważalne przy regularnym stosowaniu już po miesiącu. „ 
Początkowo podchodziłam do niej bardzo, ale to bardzo sceptycznie. Wcześniej używałam różnych suplementów, wcierek i innych cudów. Niestety wszystkie działały tylko i wyłącznie podczas regularnego stosowania, po zakończeniu kuracji wszystko wracało do stanu wyjściowego. Tym razem jest inaczej, ale o tym za chwilę. 
W moim odczuciu 30ml buteleczka wystarczy na 2 miesięczną kurację. Atomizer działa bez zarzutu jednak trzeba dojść do wprawy w jego używaniu. Preparatu używałam co 2-3 dni, a to dlatego, że przyspiesza on przetłuszczanie się włosów. Jak go stosuje? Dziele włosy na 4-5 sekcji wzdłuż głowy i każdy przedziałek spsikuje raz od czubka, pochylając się lekko do przodu. Czekam, aż płyn spłynie do czoła i dokładnie wmasowuje go w skórę głowy. Producent zaznacza, by po aplikacji nie myć włosów przez minimum cztery godziny, osobiście zawsze zostawiam preparat na całą noc. Po użyciu pojawia się lekkie mrowienie skóry. Początkowo obawiałam się czy nie wywoła on podrażnienia? 
Ponieważ wysoko w składzie znajdziemy alkohol i kilka konserwantów:
"Aqua, Alcohol Denat., Glycerin, Arginine, Butylene Glycol, PPG - 26 - Buteth - 26, PEG - 40 Hydrogenated Castor Oil, Apigenin, Oleanolic Acid, Biotinoyl Tripeptide - 1, Centella Asiatica Extract, Lactic Acid, Glycine Soya Germ Extract, Triticum Vulgare Germ Extract, Panthenol."
Moje wątpliwości zostały szybko rozwiane, kiedy zauważyłam, że przestała mi się łuszczyć skóra, wskazuje to na to że została nawilżona.


Pierwsze efekty zauważyłam po około 2 tygodniach stosowania. Na szczotce oraz w odpływie prysznica zostawało znacznie mniej włosów. Po miesiącu dostrzegłam burzę baby hair co potwierdziła pani trycholog podczas badania z wykorzystaniem mikrokamery. Po tym czasie postanowiłam zrobić przerwę w kuracji, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu włosy nie zaczęły bardziej wypadać, a maluchy powolutku sobie rosną. 

Reasumując jeżeli zmagasz się z nadmiernym wypadaniem włosów i wiesz, że nie jest to związane z żadnymi zmianami chorobowymi w organizmie to będzie kuracja idealna dla Ciebie.

______________________
Źródło: http://www.dermofuture.pl/pl/w%C5%82osy/women/92-kuracja-przy%C5%9Bpieszaj%C4%85ca-wzrost-i-zapobiegaj%C4%85ca-wypadaniu-w%C5%82os%C3%B3w.html